czwartek, 3 kwietnia 2014

PUREDERM Kolagenowa maseczka pod oczy







Pisanie o tym, jad delikatna, wrażliwa i  bezbronna jest skóra pod oczami jest trochę nudne, piszę o tym przy okazji każdego kosmetyku przeznaczonego do okolic oczu. Nawilżać trzeba, koniec, kropka. Kremy kremami, ale czuję, że to nie wszystko, czego moja skóra potrzebuje. Od pewnego czasu używam więc masek. Jednej jeszcze wam nie przedstawiałam, ale przyjdzie czas i na nią, zaś druga: w formie płatków będzie miała swoje pięć minut dzisiaj.




Opakowanie
Strunowo zamykany woreczek foliowy z nadrukowanymi informacjami o składzie, sposobie użycia i samym produkcie. W środku płatki włożone są luzem w dwóch grupach, po 15. W połowie używania struna urwała się uniemożliwiając prawidłowe zamknięcie :/

Zapach
Nie posiada

Konsystencja
Cienkie płatki (mogłyby być nieco cieńsze, wtedy lepiej by przylegały) solidnie nasączone substancją kosmetyczną.




Działanie
Płatki są z jednej strony nieco węższe, wiec łatwo się zorientować którą stroną mają być skierowane w stronę nosa. Są spore: pokrywają całą najbliższą okolicę oka. Płatki dają przyjemny chłodek i nie bardzo przeszkadzają w wykonywaniu zwykłych, codziennych czynności. Przylegają niestety dość nieregularnie, a dokładniej chodzi mi o pęcherze tworzące się pod płatkami. Sądzę, że cieńsza grubość mogłaby naprawić ten problem, ponieważ część pęcherzy tworzy się przez mimikę. Nie zanotowałam żadnych podrażnień, szczypania, czy drażnienia oczu, pod tym kątem są całkowicie neutralne. Skóra pod oczami natomiast staje się po tych piętnastu minutach bardzo, bardzo dobrze nawilżona i jakby bardziej elastyczne. Efekt nie jest może jakiś spektakularny, ale na pewno lepszy niż standardowe działanie kremu, wyposażyłam się więc w dodatkową paczuszkę płatków :)







Cena: ?
Znalazłam je w Biedronce za około 7zł zaś w jednym ze sklepów internetowych za 25zł. Na allegro kosztują około 10zł.
Stronę importera PUREDERM znajdziecie TUTAJ




środa, 2 kwietnia 2014

MAKE ME BIO Featherlight lekki krem dla cery tłustej i mieszanej








Pamiętacie recenzję różanego kremu od Make Me Bio?  Niestety solidnie mnie zapchał i z wielkim żalem i boleścią przerzuciłam się na jego kolegę  przeznaczonego do mojej cery. Krem miał stanowić remedium na moje wulkany, które rozsiały mi się we wszystkich możliwych miejscach i skutecznie uprzykrzały mi życie. Pragnęłam znormalizowanej cery, która ani tłusta przecież nie jest, a jedynie od czasu do czasu walnie focha, jeżeli potraktuję ją jakąś niestosowną substancją ;), a jedynie pretendująca do mieszanej (tak na serio to jest normalna, tylko czasem jej się coś przestawia). Miało być miło, ale nie było…

:/




Opakowanie
Słoiczek szklany, zakręcany na twist z plastikową nakrętką. Na słoiczku naklejki z informacją o składzie i sposobie użycia.


Zapach
Łagodny, z nutą pomarańczy




Konsystencja
Górna warstwa (cienki pokład) jest rzadka, rozwodniona, kilka milimetrów niżej znajdziemy krem o gęstszej konsystencji, która wygląda na grudkową, ale jest to tylko złudzenie.




Działanie
Zapach kremu nie trafił w mój gust. Moje wrażenie to: niepokojący. Wyczuwalny jest przy aplikacji, potem gubi się. Ale dajmy temu spokój, nie o zapach tu chodzi i o ile nie mdli, można wiele znieść dla dobrego kosmetyku. Konsystencja idealna dla kremu, łatwo nabrać pożądaną ilość, nic nie ścieka z palców, pięknie się rozprowadza i rozciera gładko, pozwalając na chwilkę masażu przed wchłonięciem. Krem bardzo dobrze nawilża: cały dzień skóra czuje się pod tym względem bardzo komfortowo i można zapomnieć o jakimkolwiek uczuciu ściągnięcia.  Nie wchłania się błyskawicznie i pozostawia po sobie tłusty film, czego nie zanotowałam w przypadku jego różanej wersji. Niefajny efekt, nie lubię nakładać kremu, czekać aż się wchłonie, potem odtłuszczać jeszcze raz cery i dopiero nakładać makijaż bez odpowiedniego nawilżenia i ochrony. Miałam nadzieję na rychłe cofnięcie się trądzikowych zmian i zapchanych porów, ale nic takiego się nie stało. Wprost przeciwnie! Gości zaczęło przybywać i przybywać w każdej możliwej postaci: bolące, nie bolące, białe, zaskórniki, wągry na nosie, normalnie tragedia! Skóra na buzi wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy i po niespełna trzech tygodniach musiałam go odstawić! Dosłownie z dnia na dzień widziałam jak zmian jest więcej i więcej, więc nie było innego wyjścia. Po odstawieniu i zastosowaniu dwóch nowych produktów wszystko wraca do normy, nie minęło wiele czasu, ale efekty są świetne, wiec jakoś głęboko mi nie zaszkodził. Nie wiem czemu tak zareagowała moja buzia na te kremy, słyszę o nich pozytywne opinie, nie chcę wymyślać hipotez na temat dziwności mojej skóry, czy jakiegoś „niehalo” kremu. Fakt faktem, wiele osób chwali…







Cena: 69zł/60ml
Do kupienia TUTAJ
Stronę Make Me Bio, na której odszukacie mnóstwo kosmetyków opartych w swym składzie tylko na naturalnych składnikach (również dla dzieci) znajdziecie TUTAJ.
Ich Fanpage ukrywa się zaś TUTAJ



wtorek, 1 kwietnia 2014

LAURA CONTI Czekoladowy balsam do ust






Uwielbiam balsamy do ust! Zimą to konieczność, która wraz z rosnącą temperaturą zamienia się w przyjemność. Najważniejszy jest dla mnie naturalny skład, ale jeżeli coś pięknie pachnie i smakuje, nie mogę się oprzeć! Jak sądzę, nie jestem jedyna! Wiośnie możemy podziękować za zwiększenie możliwości wyboru smakowitych kosmetyków do ust. Ten balsam był przeze mnie napoczęty jeszcze, gdy było chłodno, niestety musiałam go wtedy odstawić, ponieważ nie radził sobie z właściwym nawilżeniem, ale od pewnego czasu jest moim nieodłącznym towarzyszem blogowania: zawsze na biurku, pod ręką, co by za daleko nie trzeba było chodzić ;)




Opakowanie
Metalowa puszka zakręcana na twist, zabezpieczona za pomocą kartonu i plastiku. Na zewnętrznym opakowaniu znajdziemy informacje na temat składu i opis produktu

Zapach
Słodki, z nutą czekolady

Konsystencja
Na pierwszym miejscu jest wazelina i taką właśnie ma konsystencje: zbitą, ale poddającą się naciskowi palca. Da się samą opuszką nabrać tyle produktu, by pokryć nim cienką warstwa (najzupełniej wystarczającą) całe usta




Działanie
Egzamin chłodu oblany. Przy niższych temperaturach na zewnątrz nie udało mu się poradzić z wysuszonymi skórkami i zapewnić właściwego poziomu nawilżenia. Wraz z wiosna problem zniknął, a balsam okazał się idealny. Pokrywa usta cienką warstwą, która nadaje im piękny, naturalny połysk, dobrze utrzymuje wilgoć w skórze, nie wysusza. Olbrzymią jego zaletą jest to, że się nie lepi, nie znoszę lepiących się ust i każde smarowidło posiadające tę cechę, choćby nie wiem jak było genialne w działaniu, nie jest w stanie mnie do siebie przekonać. Balsam ten nie ma również smaku – ot, taka informacja orientacyjna, nie  można jej bowiem uznać ani za wadę, ani za zaletę: pyszności się szybko zjada, bezsmakowe kosmetyki zaś wymagają rzadszych poprawek. Bardzo podoba mi się również jego skromne opakowanie, bez logo, naklejek, z retro nadrukiem. Zdecydowanie udany produkt :)










Cena: 6,49zł/6g
Do kupienia TUTAJ
Zapraszam was na fanpage Laura Conti TUTAJ



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...